spoleczenstwo

Kopalnie padną, jeśli Unia…

„Kopalnie padną, jeśli Unia zablokuje pomoc publiczną” – to tytuł artykułu w Gazecie Prawnej. O czym jest, łatwo się domyślić, a domysły te są słuszne. Otóż obudziliśmy się i przypomnieliśmy sobie, że wkrótce kończy się okres przejściowy, w którym KE pozwoliła na znaczne dofinansowanie kopalni z budżetu państwa. Jeśli zatem szybko czegoś nie zrobimy, będziemy mieli powtórkę ze stoczni.

Jasne, problem jest i to spory. Ciekaw jestem jednak bardzo, kogo będziemy wkrótce za całe to zamieszanie obwiniać. Unię (bo niedobra nie pozwala dopłacać i utrzymywać niedochodowych przedsiębiorstw)? Rząd (bo przespał, nie załatwił, itd.)?

A może tak skończylibyśmy z zakładaniem, że wszystko za wszystkich ma zrobić ktoś? Dlaczego za restrukturyzację górnictwa ma płacić całe społeczeństwo? Szczególnie, że nie chcą za nią płacić sami górnicy.

Przypomnijcie sobie, że pare lat temu, gdy polskiemu przemysłowi węglowemu szło nieźle (chwilowo), górnicy domagali się podziału i wypłaty zysków (nie była to przecież dywidenda, bo górnicy akcjonariuszami nie są). Może by tak zatem teraz całe społeczeństwo wzięło w ręce kilofy i robiąc wielką zadymę zaczęło domagać się, aby ci sami górnicy podzielili się także długami swoich pracodawców?

Zwykły wpis
spoleczenstwo

Po co nam druga tura wyborów, są przecież sondaże!

Sezon ogórkowy już w pełni, co widać po wszelakich sondażach ukazujących się w mediach. Wybory prezydenckie co prawda dopiero za ponad rok, ale komu by to przeszkadzało w mierzeniu, kto z kandydatów (zarówno realnych, jak i tych bardziej science-fiction) ma największe poparcie i kto wygra drugą turę.

„Sondaże, jak sondaże” – powiecie – „nic w nich złego, szczególnie, że na rok przed wyborami w sumie nic nie znaczą”. A jednak mam wrażenie, że nie do końca dobra jest ta medialna pogoń za słupkami i liczbami (hmm, i to pisze matematyk, w pewnym sensie). Oto powody, dla których nie przepadam za sondażami (w takich porcjach):

  • zmieniają politykę w ciągły plebiscyt – mam wrażenie, że politycy żyją teraz od sondażu do sondażu, zapominając przy tym, że poza obserwowaniem słupków należałoby jeszcze trochę porządzić (co nie zawsze przysparza popularności),
  • ukrywają przed społeczeństwem poważne problemy – coraz trudniej znaleźć dziś rzetelny materiał medialny o poważnych problemach, nie czytamy już o tym, jak źle jest w szkolnictwie wyższym (szkolimy sporo, ale słabo i w nadmiernych ilościach w niepotrzebnych kierunkach – bo tak łatwiej), w służbie zdrowia, czy też, ile tym razem dopłacimy (no bo kto, jak nie my) do KRUSu; takie tematy wymagają od dziennikarzy porządnej pracy, zrozumienia problemu i opisania go tak, aby zrozumiał go także przeciętny Kowalski… ale po co się męczyć, skoro wystarczy opublikować wyniki kolejnego sondażu, poprosić o komentarz jakiegoś politologa i artykuł gotowy?
  • odbierają sens pierwszej turze wyborów (co było bardzo dobrze widoczne w poprzednich wyborach prezydenckich) – bo większość nie chce oddawać w pierwszej turze swojego głosu na kogoś, kto i tak nie wejdzie do tury drugiej; sprawiają tym samym, że przeciętny Polak głosując w pierwszej turze wybiera nie swojego faworyta, lecz mniejsze zło, a chyba (ale ja naiwny…) nie o to chodzi…

Czy są jakieś pozytywne skutki ciągłego publikowania sondaży? Ja ich nie widzę (sporo czasu spędzam przy komputerze, więc może wzrok mi się już psuje), a skoro tak, to może warto jednak… No właśnie, i tak nie bardzo jesteśmy w stanie to zmienić – możemy co najwyżej sondaży nie czytać i nie kierować się nimi podczas stawiania krzyżyka.

Zwykły wpis
spoleczenstwo

Jedno okienko, czyli jak Polakowi dogodzić się nie da.

Od ładnych paru lat prowadzę własną działalność gospodarczą. Zatem w przeciwieństwie do polityków (czym wykazali się w debatach prezydenckich), wiem, jak wygląda procedura rejestracji takiej działalności. Wbrew pozorom, wcale nie wyglądało to tak źle (nieco więcej zamieszania było przy zakładaniu spółek).

W tym miesiącu aktualizowałem wpis do ewidencji, więc miałem okazję sprawdzić na własnej skórze, jak udało się wprowadzenie „jednego okienka”. Muszę przyznać, że całkiem dobrze. Wystarczy udać się do urzędu miasta (w moim mieście pracują tam bardzo miłe i pomocne panie, a urząd pracował nawet w piątek 5.06 – kolejny długi weekend). Formularze rejestracji prawie się nie zmieniły,  nie trzeba już biegać po całym mieście, a rozpatrzenie wniosku następuje w ciągu 3 dni.

Wyobraźcie sobie zatem moje zdziwienie, gdy przeczytałem dziś w gazecie, że „Rejestracja firmy w >>jednym okienku<< trwa nawet 50 minut„. Z artykułu tego można się dowiedzieć, że zazwyczaj wszystko trwa szybko, chyba, że… przedsiębiorca nie zna kodów PKD* i urzędnik musi mu pomóc ich szukać. Okazuje się także, że po reformie o wiele trudniej jest wypełnić wniosek zgłoszenia.

No cóż, trzeba chyba uznać, że reforma się nie powiodła i jest kolejną wpadką władzy, bo… przedsiębiorcy są zbyt mało rozgarnięci, żeby wypełnić głupi wniosek i sprawdzić kody PKD dla działalności, którą chcą prowadzić. W związku z wpisem poprzednim proponuję także uznać, że Urząd Skarbowy jest wielką wpadką, bo przecież przeciętny Polak nie jest w stanie obliczyć 19% od swoich dochodów (a nawet jeśli, to już niedługo taka umiejętność będzie popularna).

Dla zainteresowanych załączam ten jakże trudny do wypełnienia formularz:

* Polska Klasyfikacja Działalności, czyli GUSowski sposób przyporządkowania numerów odpowiednim działalnościom. Ciekawostką jest np. to, że w klasyfikacji tej przewidziany jest kod dla „transportu kosmicznego osób i towarów” ;-)

Zwykły wpis
spoleczenstwo

Propozycja święta warta przemyślenia?

Jakiś czas temu bardzo głośno sprzeciwiałem się wprowadzeniu kolejnego święta (bodajże Trzech Króli). Muszę jednak się przyznać, że propozycja, aby ustanowić dzień 4 czerwca świętem państwowym, jest moim zdaniem warta przemyślenia (aczkolwiek zdaję sobie sprawę z tego, że przytaczane przeze mnie argumenty poprzednim razem mają zastosowanie także i w tym przypadku).

Dlaczego więc zastanawiam się nad tą propozycją nie negując jej od razu? Powodów jest kilka:

  1. Brakuje nam wesołych świąt państwowych.
    Zauważcie, że praktycznie każde obchody są smutne, przepełnione patosem. Czy naprawdę nie mamy się z czego cieszyć? Może właśnie przydałoby się święto, w które wszyscy możemy zapomnieć o drobnych problemach życia codziennego i docenić, co udało się osiągnąć?
  2. Wydarzenia 4 czerwca niewątpliwie są ważną datą w polskiej historii.
    Taka jest prawda. I nieważne, czy oceniamy je pozytywnie, czy negatywnie. Tak czy inaczej było to wydarzenie, które wywarło bardzo silny wpływ na nasz kraj.
  3. Chyba warto upamiętnić fakt, że kiedyś potrafiliśmy się zjednoczyć.
    Już dzisiaj trudno jest sobie wyobrazić, że byli członkowie Solidarności mogli cokolwiek zdziałać wspólnie. Wydaje mi się, że święto to byłoby świetnym pretekstem, aby przypominać nam wszystkim, że kiedyś się udało, a więc potrafimy.

Jakie mam wątpliwości?

  1. Czy uda się uniknąć gry politycznej?
    Po wczorajszych zachowaniach polityków można obawiać się, że dzień ten będzie wykorzystywany do nieczystych zagrań, a przecież nie o to chodziłoby w tym święcie. Spójrzmy choćby na L. Kaczyńskiego, który nawet tego dnia nie potrafi przyjąć podziękowań z ust D. Tuska bez doszukiwania się drugiego dna i opatrzenia ich PiSowskim komentarzem.
  2. Czy umielibyśmy świętować ten dzień?
    Organizowane wczoraj obchody pokazują, że nie do końca. O ile obywatele poradzili sobie z tym problemem dość nieźle (toasty za wolność, itd.) to władze „dały ciała” (Kylie Minoque to już totalne nieporozumienie – i nie chodzi mi o gust czy preferencje muzyczne).
  3. Czy odgórne święto może być świętem wolności?
    Przecież o to musiałoby w tym święcie chodzić. Czy jednak udałoby się uniknąć zapędów np. do tego, aby dzień ten opatrzyć zakazem handlu, nakazem wywieszenia flagi, itd.?
Zwykły wpis
spoleczenstwo

Rowerowe zwycięstwo nad represjonowaniem kierowców

Od dłuższego czasu Wrocław, jak chyba każde większe miasto w Polsce, ma poważny problem z korkami w centrum. Do tej pory głównym sposobem podejścia do tego zagadnienia był co najmniej nieciekawy. Miasto postanowiło nie tworzyć nowych parkingów. Nie przejmowało się także kierowcami podczas planowania remontów dróg. Idea szła za tym taka, że jeśli uprzykrzy się życie kierowców wystarczająco mocno, to sami zrezygnują i wsiądą do komunikacji miejskiej.

Oczywiście jest to kiepski pomysł, bo kierowcy owszem zrezygnują, ale w ogóle, a nie tylko z własnych samochodów. Spróbujcie sobie bowiem wyobrazić człowieka w garniturze, który przesiada się ze swojego luksusowego samochodu do rozklekotanego i brudnego Jelcza, który do tego potrafi spóźnić się kilkanaście minut lub w ogóle nie przyjechać… Do tego zakup biletu jest prawie niemożliwy, bo koło przystanków rzadko są kioski, a automaty w większości nie działają.

Dlatego też ucieszyła mnie informacja o tym, że Wrocław, w końcu, wziął na poważnie pomysł uruchomienia miejskich wypożyczalni rowerów. I może nadal nie rozwiąże to problemu „prezesów”, to na pewno jest (przynajmniej dla części ludzi i w odpowiedniej porze roku) o wiele lepszą alternatywą dla samochodu niż komunikacja miejska.

Trzymam kciuki, bo przecież w naszym kraju nawet najlepszy pomysł można zepsuć podczas wdrażania – a w tym przypadku szczegóły są bardzo ważne (choćby łatwość zapłaty, liczba i lokalizacja „stacji”, rozwój infrastruktury ścieżek rowerowych i ogólne zwiększenie przyjazności miasta dla rowerzystów, no i oczywiście cena).

Zwykły wpis
spoleczenstwo

Pokrzywiona logika, czyli o szkolnym wyrównywaniu szans

by FABIOLA MEDEIROS- direção de arte

Przeczytałem właśnie w gazecie.pl artykuł pt. „Czy  lekcje muszą zaczynać się przed ósmą?” i muszę przyznać, że nadal logika dziennikarska potrafi mnie zaskoczyć. W artykule tym Pani Katarzyna Lubiniecka zastanawia się, dlaczego złe szkoły zmuszają uczniów do wstawania w środku nocy i przychodzenia na zajęcia. Przytacza tam opinię wojewódzkiego konsultanta ds. psychiatrii dzieci i młodzieży, że bardzo ważne na tym etapie rozwoju dziecka jest to, aby spało ok. 8 godzin na dobę.

I do tej pory wszystko wydaje się być OK. Że dziecko powinno spać odpowiednio długo – oczywiste. Że uczeń na zajęciach powinien być wyspany – oczywiste. Tylko jak do tego wszystkiego ma się godzina, o której wstaje?

Przytoczona jest także wypowiedź pewnej uczennicy, która ubolewa nad tym, że po powrocie ze szkoły ma swoje zajęcia, potem korepetycje, nauka i kontakt z przyjaciółmi. Po tym wszystkim nie ma już czasu na nic, bo właśnie minęła północ i trzeba iść spać, a o 6 rano dzwoni budzik, żeby zdążyć na 7 do szkoły.

Rzeczywiście, gdyby szkoła zaczynała się o 8, to mogłaby pospać godzinę dłużej. Tylko czy na penwno? Przecież jej codzienne zajęcia nie trwałyby godzinę krócej, a jedynie przesunęłyby się o godzinę tak, że chodziłaby spać o 1 w nocy i nadal spała jedynie 6 godzin. A może nie? Może czuje, że powinna iść spać w okolicach północy? Tylko czy w takim razie jest to problem wcześnie zaczynających się zajęć czy też nieumiejętności wczesnego położenia się spać?

Zauważmy także, że „pokornie dostosowujący się” rodzice, chyba nie mogą na ten fakt zbytnio narzekać, bo właśnie dzięki tym wcześniejszym zajęciom są w stanie odwieźć swoje pociechy do szkół, a następnie zdążyć do pracy na 8 nie martwiąc się jednocześnie tym, co dzieciaki będą robić zanim zaczną się lekcje.

Wydaje się, że zaczynamy znów wchodzić w tryb myślenia polegający na tym, aby dzieci były zrelaksowane, wypoczęte i nieprzemęczane nadmiernymi zadaniami domowymi. Nie jest to nowa myśl – była już wdrażana w XIX wieku w USA. Jednak nawet tam dość szybko się opamiętano. Dość silnym argumentem wydają się być wyniki badań Karla Alexandra z Uniwersytetu im Johna Hopkinsa („Schools, Achievement, and Inequality: A Seasonal Perspective” opublikowane w „Education Evaluation and Policy Analysis” 2001), które pokazuje znaczną korelację między długimi przerwami w zajęciach lekcyjnych a różnicowaniem się poziomów wykształcenia pomiędzy różnymi klasami społecznymi. (Znacznie skracając i upraszczając: im więcej czasu naszych dzieci jest zagospodarowane przez szkołę, tym bardziej wyrównane są ich szanse). A przecież to właśnie na wyrównywaniu szans skupia się ostatnio nasza uwaga, gdy myślimy o szkole. (Nie chcę w tej chwili debatować nad poprawnością tego kierunku i nad marnowaniem szans zdolnej młodzieży, a jedynie zwrócić uwagę na dość jawną niekonsekwencję…)

Wykop ten wpis

PS. Dla zainteresowanych: temat ten poruszany jest dość ciekawie w dziewiątym rozdziale nowej książki Malcolma Gladwella „Poza schematem”.

inbook.pl
Poza schematem. Sekrety ludzi sukcesu

Poza schematem. Sekrety ludzi sukcesu

Cena: 31.99zł
Kupuję

Zwykły wpis