spoleczenstwo

Cenzura i ukryta głupota?

W związku z planami Ministerstwa Finansów dotyczącymi wprowadzenia ograniczeń (różnych) w internecie (a w zasadzie w dostępie do stron internetowych) podniosła się wrzawa na temat cenzury. Na dyskusję o tym nie mam jednak dziś czasu, więc będzie to tylko krótka notka o wypowiedzi Piotra Dziubaka, rzecznika prasowego Urzędu Komunikacji Elektronicznej dla Gazety Prawnej.

Słowa, które dość mocno mnie zastanowiły brzmią:

Zadania państwowe powinny być wykonywane na koszt państwa.

Proste zdanie, prawda? Cóż więc mogło zwrócić na nie moją uwagę? Otóż chodzi mi o zwrot „na koszt państwa”. Cóż on takiego właściwie oznacza? Czyżby kolejna wersja „tych państwa” z pewnej reklamy?

Zwykły wpis
spoleczenstwo

Związki to jeszcze czy już organizacje terrorystyczne?

Sporo ostatnimi czasy w Polsce mówiło się o wszelakich związkach i zasadności strajków czy manifestacji (pielęgniarki porównujące swoje zarobki z pensjami lekarzy, stoczniowcy, górnicy, itd.). Miło było dostrzec, że do coraz większej części społeczeństwa zaczyna docierać, że nie w każdym przypadku strajkujący ma rację i że nie każdemu strajkującemu należy od razu sypnąć groszem z budżetu państwa.

W całym tym zamieszaniu bez większego echa (może dlatego, że nie z naszego podwórka) przemknął news o dość specyficznym proteście pracowników pewnej francuskiej firmy, która jest w stanie likwidacji. Osoby te zagroziły mianowicie, iż jeśli nie otrzymają 15 tysięcy EUR odprawy, to wyleją do Sekwany 8 tysięcy litrów toksycznej substancji.

Nie zamierzam stwierdzać, że związki zawodowe należy zlikwidować. Wydaje mi się jednak, że warto zastanowić się porządnie nad tym, jak daleko należy pozwalać im się posuwać. W moich oczach zagrożenie skażeniem, zdemolowanie miasta (najazd górników na Warszawę), paraliżowanie pracy innych (strajk części związków w kopalni Budryk), i inne tego typu wybryki nie do końca są nieszkodliwą dla nikogo działalnością związków.

Może zatem najwyższy czas przypomnieć sobie, że wolność polega na tym, że oczywiście każdy ma prawo decydowania o sobie i robienia, co mu się żywnie podoba, ale także na tym, że za swoje czyny ponosi się pełną odpowiedzialność. Głośno krzyczeć, że należy nam się więcej, zapewne umie każdy. Czasem trzeba jeszcze zdać sobie sprawę z tego, że strajkiem narażamy przedsiębiorstwo na spore straty (strajk w Poczcie Polskiej czy wspomnianym wcześniej Budryku), które mogą doprowadzić do sporych zwolnień lub wręcz upadku firmy… I nie – Państwo nie jest od dotowania firm, które wpadły w kłopoty finansowe na skutek strajkujących, ani też czegokolwiek innego…

Zwykły wpis
spoleczenstwo

Dys… kto tu kogo krzywdzi?

Dziś krótko, bo pracy jeszcze mam sporo, a i pogoda nie sprzyja siedzeniu przy klawiaturze.

Głośno się zrobiło strasznie o pomyśle MEN dotyczącym zniesienia części przywilejów osób posiadających orzeczenia o wszelakich dys… I trudno się dziwić, bo zawsze jest głośno, gdy odbiera się przywileje.

Przyglądam się debacie społecznej na ten temat ze sporym zaciekawieniem (z kilku powodów: jest apolityczna, co rzadkie w tym kraju; mam dość radykalny pogląd w tej sprawie; mam jakieś tam doświadczenie w pracy z, raczej zdolną, młodzieżą).

Po wysłuchaniu/przeczytaniu sporej liczby argumentów o tym, że trzeba wyrównywać szanse (co ciekawe – argument ten jest przytaczany przez zwolenników obu stron) zaczynam odnosić wrażenie, że zapominamy o jednym szczególe – celu edukacji. Może się mylę, ale w maturze nie chodzi o to, żeby zaliczyć ją jak najlepiej, lecz o to, żeby posiadać jakąś wiedzę. Bo co komu po absolwencie, który ma średnią 6,0 z matury, ale nie jest w stanie napisać kilku bezbłędnych zdań. Przecież po kilku latach spędzonych w szkole czeka nas o wiele więcej lat w pracy, gdzie nikogo nie obchodzą nasze dys.

Może więc zamiast zastanawiać się nad ułatwieniem życia dys…kom, przyłożyć się porządnie do ich edukacji (wzmocnić rolę poradni, psychologów, zwiększyć ilość ćwiczeń, itd.)

Zwykły wpis
spoleczenstwo

Kopalnie padną, jeśli Unia…

„Kopalnie padną, jeśli Unia zablokuje pomoc publiczną” – to tytuł artykułu w Gazecie Prawnej. O czym jest, łatwo się domyślić, a domysły te są słuszne. Otóż obudziliśmy się i przypomnieliśmy sobie, że wkrótce kończy się okres przejściowy, w którym KE pozwoliła na znaczne dofinansowanie kopalni z budżetu państwa. Jeśli zatem szybko czegoś nie zrobimy, będziemy mieli powtórkę ze stoczni.

Jasne, problem jest i to spory. Ciekaw jestem jednak bardzo, kogo będziemy wkrótce za całe to zamieszanie obwiniać. Unię (bo niedobra nie pozwala dopłacać i utrzymywać niedochodowych przedsiębiorstw)? Rząd (bo przespał, nie załatwił, itd.)?

A może tak skończylibyśmy z zakładaniem, że wszystko za wszystkich ma zrobić ktoś? Dlaczego za restrukturyzację górnictwa ma płacić całe społeczeństwo? Szczególnie, że nie chcą za nią płacić sami górnicy.

Przypomnijcie sobie, że pare lat temu, gdy polskiemu przemysłowi węglowemu szło nieźle (chwilowo), górnicy domagali się podziału i wypłaty zysków (nie była to przecież dywidenda, bo górnicy akcjonariuszami nie są). Może by tak zatem teraz całe społeczeństwo wzięło w ręce kilofy i robiąc wielką zadymę zaczęło domagać się, aby ci sami górnicy podzielili się także długami swoich pracodawców?

Zwykły wpis
spoleczenstwo

Po co nam druga tura wyborów, są przecież sondaże!

Sezon ogórkowy już w pełni, co widać po wszelakich sondażach ukazujących się w mediach. Wybory prezydenckie co prawda dopiero za ponad rok, ale komu by to przeszkadzało w mierzeniu, kto z kandydatów (zarówno realnych, jak i tych bardziej science-fiction) ma największe poparcie i kto wygra drugą turę.

„Sondaże, jak sondaże” – powiecie – „nic w nich złego, szczególnie, że na rok przed wyborami w sumie nic nie znaczą”. A jednak mam wrażenie, że nie do końca dobra jest ta medialna pogoń za słupkami i liczbami (hmm, i to pisze matematyk, w pewnym sensie). Oto powody, dla których nie przepadam za sondażami (w takich porcjach):

  • zmieniają politykę w ciągły plebiscyt – mam wrażenie, że politycy żyją teraz od sondażu do sondażu, zapominając przy tym, że poza obserwowaniem słupków należałoby jeszcze trochę porządzić (co nie zawsze przysparza popularności),
  • ukrywają przed społeczeństwem poważne problemy – coraz trudniej znaleźć dziś rzetelny materiał medialny o poważnych problemach, nie czytamy już o tym, jak źle jest w szkolnictwie wyższym (szkolimy sporo, ale słabo i w nadmiernych ilościach w niepotrzebnych kierunkach – bo tak łatwiej), w służbie zdrowia, czy też, ile tym razem dopłacimy (no bo kto, jak nie my) do KRUSu; takie tematy wymagają od dziennikarzy porządnej pracy, zrozumienia problemu i opisania go tak, aby zrozumiał go także przeciętny Kowalski… ale po co się męczyć, skoro wystarczy opublikować wyniki kolejnego sondażu, poprosić o komentarz jakiegoś politologa i artykuł gotowy?
  • odbierają sens pierwszej turze wyborów (co było bardzo dobrze widoczne w poprzednich wyborach prezydenckich) – bo większość nie chce oddawać w pierwszej turze swojego głosu na kogoś, kto i tak nie wejdzie do tury drugiej; sprawiają tym samym, że przeciętny Polak głosując w pierwszej turze wybiera nie swojego faworyta, lecz mniejsze zło, a chyba (ale ja naiwny…) nie o to chodzi…

Czy są jakieś pozytywne skutki ciągłego publikowania sondaży? Ja ich nie widzę (sporo czasu spędzam przy komputerze, więc może wzrok mi się już psuje), a skoro tak, to może warto jednak… No właśnie, i tak nie bardzo jesteśmy w stanie to zmienić – możemy co najwyżej sondaży nie czytać i nie kierować się nimi podczas stawiania krzyżyka.

Zwykły wpis
spoleczenstwo

Jedno okienko, czyli jak Polakowi dogodzić się nie da.

Od ładnych paru lat prowadzę własną działalność gospodarczą. Zatem w przeciwieństwie do polityków (czym wykazali się w debatach prezydenckich), wiem, jak wygląda procedura rejestracji takiej działalności. Wbrew pozorom, wcale nie wyglądało to tak źle (nieco więcej zamieszania było przy zakładaniu spółek).

W tym miesiącu aktualizowałem wpis do ewidencji, więc miałem okazję sprawdzić na własnej skórze, jak udało się wprowadzenie „jednego okienka”. Muszę przyznać, że całkiem dobrze. Wystarczy udać się do urzędu miasta (w moim mieście pracują tam bardzo miłe i pomocne panie, a urząd pracował nawet w piątek 5.06 – kolejny długi weekend). Formularze rejestracji prawie się nie zmieniły,  nie trzeba już biegać po całym mieście, a rozpatrzenie wniosku następuje w ciągu 3 dni.

Wyobraźcie sobie zatem moje zdziwienie, gdy przeczytałem dziś w gazecie, że „Rejestracja firmy w >>jednym okienku<< trwa nawet 50 minut„. Z artykułu tego można się dowiedzieć, że zazwyczaj wszystko trwa szybko, chyba, że… przedsiębiorca nie zna kodów PKD* i urzędnik musi mu pomóc ich szukać. Okazuje się także, że po reformie o wiele trudniej jest wypełnić wniosek zgłoszenia.

No cóż, trzeba chyba uznać, że reforma się nie powiodła i jest kolejną wpadką władzy, bo… przedsiębiorcy są zbyt mało rozgarnięci, żeby wypełnić głupi wniosek i sprawdzić kody PKD dla działalności, którą chcą prowadzić. W związku z wpisem poprzednim proponuję także uznać, że Urząd Skarbowy jest wielką wpadką, bo przecież przeciętny Polak nie jest w stanie obliczyć 19% od swoich dochodów (a nawet jeśli, to już niedługo taka umiejętność będzie popularna).

Dla zainteresowanych załączam ten jakże trudny do wypełnienia formularz:

* Polska Klasyfikacja Działalności, czyli GUSowski sposób przyporządkowania numerów odpowiednim działalnościom. Ciekawostką jest np. to, że w klasyfikacji tej przewidziany jest kod dla „transportu kosmicznego osób i towarów” ;-)

Zwykły wpis