absurdy

Kreacjonistyczne rewolucje MEN

Wybaczcie tak zwiększoną aktywność, ale zdrowie powoli zaczyna wracać do stanu normalnego, a do tego jakoś ostatnio mieliśmy wysyp absurdów. Wspominałem wczoraj, że MEN jest chwilowo zajęte realizacją pewnego bardzo ważnego pomysłu. Miałem oczywiście na myśli ideę, aby wprowadzić do szkół zajęcia o lewitacji, kreacjonizmie, różdżkarstwie i innych tego typu… (sami wstawcie odpowiednie słowo).

Oczywiście pomysł wywołał wielką zadymę w środowiskach naukowych i chyba trudno się temu dziwić. Już wprowadzenie lekcji religii było (moim zdaniem) znacznym nagięciem roli szkoły, która ma uczyć i przekazywać WIEDZĘ. Rolą szkoły nie jest natomiast wtłaczanie w głowy młodzieży przekonań.

Oczywiście pomysł ministerstwa tłumaczony jest w ten sposób, że należy dzieciom pokazać, że jest coś poza laboratoryjną i teoretyczną nauką i że z różnymi poglądami można dyskutować. Jednak sposób dyskusji nauki z religią wskazuje, że o żadnej dyskusji mowy być nie może. Bo jak naukowiec ma rozmawiać z kimś, kto zakłada istnienie czegoś i każe sobie udowodnić, że jest to nieprawda (świetnym przykładem takiego podejścia jest czajniczek Russela).

Ciekawe jest także to, że znaleźli się naukowcy popierający taki pomysł (np. prof. Marcin Król). Zastanowić może jedynie fakt, że profesor ten zajmuje się historią idei. Ponieważ jednak zajęcia miałyby się odbywać w bloku nauk przyrodniczych, to wydaje się, że prof. Król nie jest osobą której głos powinien być bardzo znaczący. (Nie uważam, że prawo komentowania można komukolwiek odbierać, jednak chyba lepiej wyjdziemy na tym, że historycy nie będą mieli zbytniego wpływu na to, jak nauczana jest matematyka i vice versa – aczkolwiek podejrzewam, że ten drugi przypadek spowodowałby znacznie mniejsze straty).

Sposób podejścia do nauki prezentowany przez prof. Króla można chyba wywnioskować z podanego w TOK FM przykładu:

Rozumiem intencję, żeby pokazać uczniom, że z jednej strony jest silna wiedza racjonalna, ale jest też wiedza, która jest nonsensem jak wiedza o UFO. Są też sfery pośrednie na przykład homeopatia. Nikt nie udowodnił co najmniej szkodliwości homeopatii.

Chciałbym mianowicie zapytać Pana Profesora, czy widział zatem dowód na nieistnienie UFO, czajniczka Russela, czy Wielkiego Potwora Spaghetti. Jeśli nie, to bardzo jestem ciekaw, co pozwala Mu stwierdzić, że są to nonsensy, w przeciwieństwie do np. homeopatii…

A dlaczego w ogóle o tym piszę? Co w tym takiego bulwersującego, że uczniowie podyskutują sobie na lekcjach o bzdurach? Jest to bowiem nic innego, jak wywyższenie owych bzdur do poziomu nauki. To właśnie tego typu postępowanie może sprawić, że wkrótce Polacy nie będą widzieć nic złego w tym, że urzędnicy dużego miasta wydają sporą kwotę na walkę z żyłami wodnymi, aby uniknąć wypadków na skrzyżowaniach.

PS. Polecam wszystkim film „Enemies of Reason” Richarda Dawkinsa, który świetnie pokazuje, do czego prowadzi zbytnia pobłażliwość wobec paranauki.

Wykop ten wpis

Reklamy
Zwykły wpis
absurdy

Kościół a dane osobowe – czyli o równych i równiejszych

W ostatnim okresie w naszym kraju dość głośno się zrobiło o potrzebie ochrony danych osobowych. Stało się tak głównie za sprawą dość znacznego wzrostu popularności wszelkich serwisów społecznościowych. Dzięki temu świadomość społeczeństwa w tej kwestii chyba nieco się poprawiła i mogłoby się wydawać, że w kolejnej strefie życia dołączyliśmy (a przynajmniej zmniejszyliśmy dystans) do bardziej cywilizowanych krajów.

A jednak od czasu do czasu musi wydarzyć się coś, co przypomni nam, że jednak żyjemy w kraju, który od dawien dawna uznawany jest za wyjątkowy. I tak oto gdańska kuria doszła do wniosku, że fajnie byłoby wiedzieć, kto nie uczęszcza na (nieobowiązkowe przecież) lekcje religii. Co gorsza, pomysł ten postanowiła wdrożyć w życie. Z pomocą przyszli tu katecheci i księża prowadzący zajęcia w szkołach, którzy spisali z dzienników nazwiska i adresy uczniów i przekazali je odpowiednim parafiom.

Gdy sprawę wywęszyły wyszedł na jaw nieco większy problem. Dyrektor szkoły jedyne, co mógł zrobić, to rozkazał pozaklejanie w dziennikach danych osobowych uczniów (to już chyba powinno wszystkim wyjaśnić, jakie są stosunki między katechetami/księżami a władzami szkolnymi). MEN umyło ręce twierdząc, że to nie ich sprawa, czemu trudno się dziwić, bo przecież ministerstwo to chwilowo jest bardzo zajęte pewnym bardzo ważnym projektem (o którym wkrótce). Reprezentanci Kościoła postanowili natomiast po prostu unikać mediów.

Swoją drogą szkoda, że media tak szybko nudzą się każdym tematem. Często wyciągają na wierzch spore afery, po czym najnormalniej o nich zapominają, poświęcając się całkowicie nowym wydarzeniom. A ja bardzo chętnie dowiedziałbym się, jakie będzie zakończenie tej sprawy, bo wydaje mi się, że należałoby skończyć z podziałem społeczeństwa/organizacji na równych i równiejszych i zacząć stosować te same standardy wobec wszystkich.

Wykop ten wpis

Zwykły wpis
absurdy

Archeologiczny wilczy apetyt

Jakiś czas temu pojawił się tutaj wpis, o sprzedaży raków. Sprawa była tak abstrakcyjna, że postanowiłem stworzyć specjalną kategorię, do której będą trafiały właśnie takie posty. Oczywiście nawet żyjąc w Polsce nie spotykamy się z tego typu zdarzeniami codziennie (jeśli komuś mało absurdów, to zapraszam do czytania wpisów z kategorii polityka ;-) ). Wczoraj trafiłem jednak na newsa, który w pełni zasługuje na umieszczenie go w tym miejscu.

W dniu 3 lipca odbyła się w Chinach konferencja prasowa, podczas której profesor Dong Zhiming po raz pierwszy pokazał szczątki pewnego dinozaura. Są to kości 18-metrowego roślinożercy, który żył 85-100 milionów lat temu.  Co w tym niezwykłego?

Otóż szczątki te mają bardzo ciekawą historię. Zostały odnalezione i wykopane znacznie wcześniej przez grupkę chłopów z małej wioski w centralnych Chinach. Co można zrobić z takim znaleziskiem? Co Wy byście zrobili? Wiadomo, że jeśli wezwie się naukowców, to wszystko rozkopią, będą wypytywać, zrobi się straszne zamieszanie. Ale przecież to są tylko kości. A co robi się z kości? Można na przykład… ugotować zupę. A jeśli dodatkowo się je trochę zetrze, to otrzymamy płyn bogaty w wapń, którym możemy nakarmić dzieci. Część chłopów zwęszyła w tym nawet  niezły interes i sprzedawała sproszkowane „kości smoka”, jako lekarstwo.

Jak długo trwał ten proceder? Jak dawno kości zostały wykopane? Ciężko powiedzieć. Pewną wskazówką może być jednak fakt, że początkowo ważyły około tony, a do profesora Donga trafiły szczątki ważące tylko 200kg…

Zwykły wpis
absurdy

Raki

– czyli do czego lenistwo doprowadzić może


Parę dni temu dotarłem poprzez RSSa lokalnej gazety.pl na taki oto artykulik. Gorąco polecam jego lekturę każdemu, kto uważa, że lenistwo nie może nikomu zaszkodzić ;-)

A przecież wystarczyło wprowadzić do bazy danych sprzedawanych towarów kilogramowe opakowanie raków (Ale nie… Po co? Przecież łatwiej jest nic nie zmieniać, pozostawić w ofercie tylko raki na wagę, i za każdym razem odstawiać cyrk z ważeniem ile waży kilogram stworów ze szczypcami.)

Zwykły wpis