polityka, spoleczenstwo

Rynsztokowa kampania

Czy i kiedy odbędą się wcześniejsze wybory? Na kogo powinniśmy w nich oddać swój głos? Kto do tego czasu okaże się głównym agentem „Układu”. A może ważniejsze od wyborów jest powołanie komisji śledczych w sprawie afery CBA? Odpowiedzi na te pytania jeszcze nie znamy i mam wrażenie, że nie szybko staną się one oczywiste.

Fakt ten nie przeszkodził jednak naszym wspaniałym politykom zająć się tym, co tygryski lubią najbardziej, czyli szeroko pojętym brykaniem (niektórzy nazywają to kampanią wyborczą). I chyba trudno im się dziwić. Przecież każdy z nas (a politycy szczególnie) lubi obrzucać się wzajemnie błotem, opluwać swych przeciwników, prześcigać się w tym, kto opowie najbardziej niestworzoną bajkę, ale tak, żeby ciemny lud to kupił.

Problem polega jednak na tym, że z tą zabawą związany jest element rywalizacji. Niestety po kampanii z 2005 roku nie ma co liczyć na to, że walka ta będzie prowadzona zgodnie z jakimikolwiek normami kulturalnymi, z zachowaniem zasad fair play.

Dzieci prawe i sprawiedliwe przekonały się (a dzieci z platformy twierdzą, iż już się tego nauczyły), że wyborców (czyli nas) nie interesuje to, jak się gra. Po cóż mamy się zastanawiać nad tym, jak wiele korzyści może nam wszystkim przynieść obniżenie CITu, czy wejście do „strefy Euro”. Społeczeństwo, wychowane na wszelakich brukowcach, woli dowiedzieć się o tym, czyj dziadek służył w Wehrmachcie, kto bije żonę, a kto jej nie ma (bo woli kota), kto jest uzależniony od Niemiec, kto nie posiada własnego rachunku bankowego (i trzyma pieniądze u mamy – brzmi prawie jak reklama), kto ma wilcze kły, a kto zdradził marzenia wszystkich Polaków (czyli że nasze) i kto psuje wizerunek Polski za granicą.

I wszystko fajnie. I wszyscy są zadowoleni. Politycy – bo nie muszą wymyślać mądrych programów, a potem ich realizować. Społeczeństwo – bo może uczestniczyć w reality show, do którego żadne inne się nie umywa (nikt nie ma tak dużego budżetu, tak wielu pomysłów i tak nieograniczonego dostępu do informacji). Jedynie co poniektórym jednostkom robi się od tego wszystkiego mdło, a potem jeszcze długo czują gorzki posmak pytań: kto za to wszystko zapłaci? kto nami rządzi (a tym samym decyduje o naszym życiu)? kto przeprowadzi konieczne dla sprawnego funkcjonowania państwa reformy? kto reprezentuje nasze interesy na arenie międzynarodowej?… Na szczęście w dzisiejszych czasach zwalczanie wszelakich dolegliwości gastrycznych jest równie proste, co obliczenie wartości wyrażenia 2+2*2.

Zwykły wpis

27 thoughts on “Rynsztokowa kampania

  1. „Przecież każdy z nas (a politycy szczególnie) lubi obrzucać się wzajemnie błotem, opluwać swych przeciwników, prześcigać się w tym, kto opowie najbardziej niestworzoną bajkę, ale tak, żeby ciemny lud to kupił.”

    Każdy z NAS? To znaczy kto? Ostrożnie z takimi uogólnieniami!

    Wiele winy za opisany tu stan, jest po stronie mediów, które głównie z ekonomicznych powodów (rządzi oglądalność i sprzedaż) nawet gdyby chciały, nie mogłyby sobie pozwolić na polityczną edukację (pouczanie) społeczeństwa. Muszą nadawać/pisać to, co dla WIEKSZOSCI jest interesujące i tę (rynkową) większość utwierdza w ich przekonaniach i uprzedzeniach. Decydująca o opłacalności mediów większość ma mało wyrafinowane potrzeby poznawcze. Programy polityczne są dla „zwykłych ludzi” zbyt abstrakcyjne. To zaklęty krąg.

  2. McBorze,
    zabawa w błotku jest ulubioną czynnością małych dzieci. Niestety Polacy chyba nie chcą z niej wyrosnąć. Nie wierzysz? Usiądź kiedyś w parku na ławce i posłuchaj, o czym rozmawiają ludzie (tak tak, wiem, że nieładnie jest podsłuchiwać).

    A co do mediów, to z Twojej wypowiedzi wprost wynika, że to nie one są winne, lecz społeczeństwo. Gdybyśmy oczekiwali po TV programów naukowych, to właśnie takie byłyby nam serwowane. Z ramówki stacji telewizyjnych wynika jednak, że przeciętny Kowalski/a woli pooglądać śliczne latynoski/ów w telenoweli, dowiedzieć się o nowych skandalach z życia „gwiazd”, a na deser sprawdzić, kto tym razem (i z kim) weźmie prysznic w domu Wielkiego Brata.

  3. Telenowelizacja życia politycznego w Polsce jest faktem. Mówię o zaklętym kręgu, w którym trudno jednoznacznie wskazać winnego. Tak jest, można nad tym ubolewać i mieć nadzieję, że kiedyś dorośnieMY do demokracji.

  4. czytam, co panowie piszą i nie ukrywam, że p. McBor, mnie zadziwia nie po raz pierwszy… ;)

    Pan McBor, jak sie przedstawia gdzie indziej, jest dr nauk humanistycznych, renomowanego i bliskiego mi UAM, i jak się /co obserwuje z żalem/ wydaje, zupełnie nie rozumie podstaw funkcjonowania społeczeństwa; jak licealista szuka „zaklętego kregu”, ubolewa nad NIEdorastaniem „MY”, /czyli ON i zapewne Polacy, bo nie nazywa tego wprost/ do demokracji.

    Pan McBor z jednej strony chce DEMOKRACJI /tak go rozumiem – albowiem sugeruje, że nie dorosłem /jestem Polakiem/, a to do czego miałbym DOROSNĄĆ jest tego dorastania celem :) / a z drugiej, narzeka, że rządzi OPŁACALNOŚĆ I SPRZEDAŻ a to właśnie podstawowe mechanizmy gospodarki demokratycznego systemu.
    Czytamy McBor: „z ekonomicznych powodów (rządzi oglądalność i sprzedaż) nawet gdyby chciały, nie mogłyby sobie pozwolić na polityczną edukację (pouczanie) społeczeństwa. Muszą nadawać/pisać to, co dla WIĘKSZOŚCI jest interesujące i tę (rynkową) większość utwierdza w ich przekonaniach i uprzedzeniach.”

    Cóż zatem chce nam powiedzieć pan McBor?
    Oczywiście tego nie jestem w stanie ODCZYTAĆ.

    Czytam p. McBor: „Programy polityczne są dla “zwykłych ludzi” zbyt abstrakcyjne.”

    Czyli w zasadzie o co chodzi? Z jednej strony dobrze… lecz to samo oglądane z drugiej – źle.

    Warto, by p. McBor zainteresował się POWAŻNIEJ zjawiskami społecznymi, a szczególnie zjawiskiem kultury masowej, wówczas problemów z „dorastaniem” by nie miał, a czytanie jego komentarzy było by smakowita przerwą w innej aktywności.

    Najserdeczniej PANA . McBor pozdrawiam.

  5. @ McBor
    @ Witold Skaczkiewicz

    Mam wrażenie, że chodzi Wam o to samo (może prawie to samo), tylko ujęliście swoje przemyślenia zbyt emocjonalnie, a przez to niezbyt czytelnie.
    Jeżeli się mylę- to proszę o repliki. Wszak to forum ma na celu wymianę MYŚLI.

    Pozdrawiam wszystkich blogowiczów (i oczywiście jego moderatora – Doodge’a) – JAD

  6. @JAD:
    A jaki tam ze mnie moderator ;-)

    @Witold Skaczkiewicz:
    W tym, co pisze McBor jest sens. Otóż społeczeństwo, które dorosło do demokracji, oczekuje po mediach czego innego. Czytałem dziś np. o tym, jakie statystyki powszechnie dostępne w Szkocji. Przeciętny obywatel może tam bez problemu dowiedzieć się prawie wszystkiego (o ile tylko zrozumie statystyczny opis sytuacji za pomocą liczb). A u nas? Czy jesteś w stanie mi powiedzieć, ile km autostrad wybudowano w 2006r (to tylko przykład)? Owszem, wszyscy wiemy, że za mało, jednak nie mamy żadnych konkretnych danych, na podstawie których można by wezwać posła „na dywanik”.

  7. Oczywiście, muszę sie przyznać do popełnionego OBRZYDLISTWA.

    Mój komentarz był CELOWO złośliwy.

    Zrobiłem to wiedziony niskim instynktem, za co przepraszam p. McBor, oraz czytelników.

    Mam jednak nadzieję, że moja PODŁOŚĆ, nie pójdzie na marne, i zanim się w pogardzie do samego siebie pochlastam lub ubiczuje zobaczę jak POLSKI INTELIGENT zamiast NARZEKAĆ, weźmie FLAGĘ w rękę i pokaże narodowi DROGĘ.

    Zatem idę przygotować odpowiednie rzemienie z ołowianymi kulkami by mocniej bolało.

  8. @doodge
    co do polityków, to rzeczywiście nie wiemy prawie nic o ich poczynaniach i teraz, gdy o tym napisałeś zastanowiłam się, czy nie jest tak, iż w tej kadencji wiemy jeszcze mniej niż w poprzednich, bo obrzucanie błotem wyszło na pierwszy plan i nikt nawet nie zadaje sobie trudu, by zrelacjonować jakie ustawy uchwalili posłowie w przerwach miedzy błotnymi kąpielami

  9. Voltaire pisze:

    I chlap, masz kulką z błota, i chlap, teraz ty! I tak w koło Macieju… A od wielu lat jedyną mocną stroną polskiej gospodarki są niskie płace, które przyciągają inwestorów. Płace rosną… Indie i Chiny czekają…

  10. @Katya:
    Dokładnie tak. Nawet jeśli słyszymy o jakiejś ustawie, to albo z ust koalicjanta, który mówi, że jest to najlepsza ustawa od 1989 roku i że dzięki niej gospodarka już się pali do rozwoju (zazwyczaj gospodarka odczuwa ustawy po kilku latach), albo też z ust opozycji, która mówi oczywiście, że to gniot (i tym chyba bardziej wierzę – ale tu chyba nie o wiarę chodzi)…

    @Voltaire:
    Płace rosną, ale tak musi być, bo Polacy chcą dorównać do UE. Polską mocną stroną była także bardzo dobrze wykwalifikowana siła robocza. A to niestety też jest już przeszłością.

  11. politycy idą po bandzie, kiedyś będzie trzeba zapłacic cenę za ów żałosny spektakl… Już rośnie grono niezdecydowanych, bo jeśli wszyscy są „umoczeni”, to kogo wybierać.
    Jęsli będzie rosnąc rzesza zniesmaczonych i biernych, przy niskiej frekwencji o wyborcznym zwycięstwie bedą decydować twarde elektoraty, taki jak „rydzykowy” i wtedy ktos słusznie zauważy, że rząd nie jest reprezentatywny, bo większość sie obraziła.

  12. Proszę państwa,
    jeżeli czujecie niedosyt „suchych faktów” dotyczących polityki pojmowanej jako „ogółu czynności mających na celu regulację prawną i społeczną państwa” a nie „piaskownicy dla VIPów” to wystarczy tylko poszukać: Dziennik Ustaw, Monitor Polski i cała masa innych serwisów poświęconych faktom a nie pieprznym biografiom i plotkom. Wymagajmy od siebie tyle co od innych i przestańmy narzekać.

    Moim skromnym zdaniem polityka zrobi się fachowa kiedy zejdziemy z poziomu „państwa opiekuńczego” a przejdziemy do modelu państwa liberalnego- tutaj polityka zostanie zredukowana wyłącznie do finansów- bez prób ingerencji tam gdzie jej nie potrzeba: np religii czy mundurków w szkołach- bo szkoły będą prywatne i to od samych rodziców i władz szkoły będzie zależało na jakich zasadach ma wyglądać nauka i czego w takiej szkole będzie się uczyć. Oto przykład jeden w bardzo wielu.

    Jeżeli nie widzicie państwo alternatywy w nadchodzących wyborach to proszę skorzystać z google i wpisać „liberalizm”, „wolny rynek” (itd) ewentualnie wejść po prostu na stronę http://www.upr.org.pl

  13. @A.W:
    Może dlatego, że reszta chyba wyczuła, że bardziej mi się może opłacić potrzymać jeszcze trochę PiS u władzy, pokazać, jaka ta władza nieudolna (bo niby jaka miałaby być bez większości, za to z wieloma wrogami), jaka brudna, niemoralna… Strasznie się brat Jarosław podłożył z tym CBA…

  14. @ Equilibrista
    Wybacz bracie, ale nie mogę tego nie skomentować.
    Rozumiem, że Jesteś fanem UPR-u. Nie ukrywam, że popieram pewne pomysły lidera J.K.M., ale Ty najwyraźniej „nie łapiesz bazy”!

    „…przejdziemy do modelu państwa liberalnego- tutaj polityka zostanie zredukowana wyłącznie do finansów…”
    Polityka (liberalna) zredukowana do finansów?
    Jedno zdanie, a trzy bzdury! Mam wrażenie, że twoja wiedza o polityce opiera się wyłącznie na Google.
    Jezeli jesteś jeszcze studentem, to proponuję jakieś inne, alternatywne źródła informacji
    A propos przykładu ze szkołami:

    „…bo szkoły będą prywatne i to od samych rodziców i władz szkoły będzie zależało na jakich zasadach ma wyglądać nauka i czego w takiej szkole będzie się uczyć….”

    To oznacza np, że rodzice i władze szkoły będą decydować, czy uczniowie poznają teorię ewolucji – czu teorię kreacjonizmu.? (Ciekawe, jak będzie wtedy wyglądał egzamin maturalny?)

    pozdrawiam – JAD

  15. Może nie wyraziłem się zbyt jasno (mój błąd, mea culpa) mówiąc o redukcji do poziomu finansów- chodziło mi o to, że gdyby pozbawić państwo możliwości decydowania o wielu rzeczach, którymi dzisiaj się niepotrzebnie zajmuje, weźmy dla przykładu te szkolnictwo, to jednocześnie ograniczylibyśmy politykom pole do dyskusji i robienia szopki z każdego tematu. Tyle, tamto zdanie można pominąć.

    Co do szkolnictwa:
    1) to rodzice mają naturalne prawo do decydowania o tym co ich dzieci wiedzą a czego nie- po prostu mają prawo wychować je jak chcą- szkoła ma być tylko pomocą
    2) wątpię w sens istnienia matur- pomijając poziom tego typu egzaminu i jego koszty, które ponosimy my wszyscy to należy zwrócić uwagę, że poza naukami ścisłymi gdzie 2+2 musi być 4, matura jest doskonałym poletkiem do uprawiania polityki przez państwo czyli przez aktualnie najmocniejszą partię, która to ma wpływ zarówno na lektury obowiązkowe jak i poziom i obszary wiedzy z których matura ma być przeprowadzona. Jestem za likwidacją matur a o przyjęciu na studia wyższe ma decydować uczelnia na którą kandydat chce się dostać- czyli chcę powrotu egzaminów wstępnych na studia (o ile uczelnia będzie chciała takiej formy selekcji kandydatów).

    Co do UPR: Janusz Korwin-Mikke jest członkiem Unii Polityki Realnej ale nie jest jej prezesem. Wiele z tego co mówi to jego prywatne opinie, które z programem UPR nie mają nic wspólnego (i dobrze, bo również ja nie zgadzam się z nim w paru kwestiach). Szkoda tylko, że „UPR” i „Korwin-Mikke” to dla wielu ludzi wyrazy jednoznaczne. Jeszcze raz polecam przejrzeć stronę UPR i przeczytać program- zobaczycie, że wielu rzeczy o których pan Janusz mówi po prostu tam nie ma.

  16. @Equilibrysta:
    No jasne, świetny pomysł. Rozwijając go, tytuł magistra (a potem indukcyjnie także i wyższe) z nauk innych niż ścisłe też powinien być przyznawany bez egzaminu/obrony – argument ten sam. Co więcej, również egzaminy na koniec semestru powinny być zlikwidowane – z tego samego powodu (na nich pytania są nawet trudniejsze do oceny niż na maturze).

    Pozostaje tylko kwestia, czy uznamy, że wszystkie nauki są równe i egzaminy z nauk ścisłych także zostaną zlikwidowane, czy może jednak postanowimy, że 2+2 zawsze powinno być równe 4 i nie jest to zależne od poglądów politycznych, a tym samym może podlegać egzaminowaniu.

    Już któryś raz natrafiam na totalny populizm w Twoim wykonaniu. Głosisz śliczne teorie, ale albo nie myślisz, albo nie wspominasz o problemach z nimi związanymi. A są one dość poważne, bo sprawiają, że owe pomysły są niewykonalne – no chyba, że dążysz do przyznawania tytułu profesora razem z aktem urodzenia.

  17. @doodge:
    No jasne, świetny pomysł. Rozwijając go, tytuł magistra (a potem indukcyjnie także i wyższe) z nauk innych niż ścisłe też powinien być przyznawany bez egzaminu/obrony – argument ten sam. Co więcej, również egzaminy na koniec semestru powinny być zlikwidowane – z tego samego powodu (na nich pytania są nawet trudniejsze do oceny niż na maturze).
    (…) Już któryś raz natrafiam na totalny populizm w Twoim wykonaniu. Głosisz śliczne teorie, ale albo nie myślisz, albo nie wspominasz o problemach z nimi związanymi. A są one dość poważne, bo sprawiają, że owe pomysły są niewykonalne – no chyba, że dążysz do przyznawania tytułu profesora razem z aktem urodzenia.

    Nie chcę grać przed sobą ani przed nikim innym omnibusa- bez bicia przyznaję, że jest ogrom wiedzy której nie posiadam i choćby z tego powodu nie będę nigdy ryzykował stwierdzeń, że jestem w stanie umrzeć za jeden z głoszonych przez siebie poglądów. Przyznaję, że nie jestem w stanie przewidzieć wszystkich skutków i z tego względu zawsze pozostaję otwarty na krytykę i gotowy do zmiany swojego światopoglądu. Jeśli głosiłem gdzieś populizmy to czekam na pytania ich dotyczące- może rzeczywiście gdzieś się myliłem, może czegoś nie skończyłem albo nie dopowiedziałem- w końcu jestem tylko człowiekiem.

    Piszesz o likwidacji egzaminów magisterskich… Widzisz, ja wierzę w akcję i reakcję, przyczynę i skutek- i w moim mniemaniu o jakości naukowca nie świadczy jego tytuł przed nazwiskiem ale jego dorobek naukowy i przede wszystkim obrona swojej wiedzy i poglądów- jeżeli prosty magister jest w stanie odeprzeć argumentację profesora to dla mnie rozsądnym będzie przyjąć, że magister ma rację a profesor, pomimo swojego dorobku naukowego, wieku i etatów na uczelniach wyższych czy instytucjach naukowych już nie. Wierzę w wolność głoszenia swoich poglądów i swobodę krytykowania ich- ile poszczególne teorie są warte pokaże ich odporność na krytykę. Idąc dalej tym tokiem myślenia nie uważam aby tytuły naukowe były nauce niezbędne. Przyznam rację, że posiadanie tytułu może ułatwiać kolejne publikacje, poznawanie „wyższych sfer”, tudzież wyliczanie wynagrodzenia za pracę… ale czy nauka ich potrzebuje?

    Piszesz, że chciałbym likwidacji egzaminów. Nie zgodzę się z tym, chciałbym tylko aby sama uczelnia decydowała (wraz z rodzicami) o poziomie nauki- a że i dobro uczelni i dobro własnych dzieci wymagałoby aby wiedza zdobywana w czasie nauki była najlepsza i aby wymagania byłyby również wysokie. Jeżeli przyjmiemy model w którym uczelnie nie są finansowane z budżetu (stałe, gwarantowane dofinansowanie) ale to czy są w stanie się utrzymać zależy od ilości przyjmowanych kandydatów, od jakości świadczonej wiedzy i umiejętności radzenia sobie w życiu jej absolwentów to sama będzie wymagała aby poziom i jakość kształcenia była wysoka- a to przecież nie oznacza likwidacji egzaminów. Chodzi o to aby egzaminy były wewnętrzną sprawą uczelni- jeżeli jakaś uczelnia zaniecha sprawdzania i kontrolowania stanu wiedzy swoich uczniów/studentów to będą ją kończyć ludzie nieprzygotowani do dalszego rozwoju, a co za tym idzie, dana uczelnia będzie miała gorszą renomę, ludzie nie będą chcieli płacić za naukę w niej i los placówki będzie praktycznie przypieczętowany. Poziom kształcenia to będzie dla uczelni kwestia „być albo nie być”.

    Uważam, że dzisiaj forma zabija treść- sama nauka gubi się w gąszczu administracji, tytułów i polityki- być może jest to populizm- ale są to moje aktualne poglądy i jeszcze nikt mnie nie przekonał, że tak nie jest.

  18. @Equilibrysta:
    Wybacz poprzednią (przyznaję – dość ostrą) krytykę.

    Boję się, że to nie prowadzi do niczego dobrego. Po pierwsze nie jesteśmy w stanie zmienić ogólnoświatowego systemu tytułów naukowych, czyli te tytuły nadawane będą. Możemy jedynie zlikwidować egzaminy na nie (o wadach tego rozwiązania już pisałem wcześniej).

    Nie wierzyłbym także w to, że rodzice będą ustalać poziom nauczania w szkołach. Obecnie z edukacją nie jest zbyt dobrze (marne wyniki ogółu naszych uczniów w międzynarodowych testach). A rodzice nadal twierdzą, że dzieci w szkołach są za bardzo męczone. Spójrz choćby na decyzję MENu w sprawie zmiany programu nauczania matematyki. Toż to jest równanie poziomu nauczania do poziomu uczniów. Czy aby na pewno tego chcemy?

  19. @doodge:
    Boję się, że to nie prowadzi do niczego dobrego. Po pierwsze nie jesteśmy w stanie zmienić ogólnoświatowego systemu tytułów naukowych, czyli te tytuły nadawane będą. Możemy jedynie zlikwidować egzaminy na nie (o wadach tego rozwiązania już pisałem wcześniej).

    Ciągle wierzę, że póki jesteśmy (my- obywatele suwerennego państwa- Polski) w stanie decydować jak ma wyglądać państwo, nauka i życie każdego obywatela (prawa, obowiązki, odpowiedzialność i zakres wolności osobistej) to jesteśmy w stanie również przeforsować zmianę organizacji nauki i nie musimy się oglądać na innych- mamy swoją godność i swoje racje.

    Jednocześnie jestem świadom, że aktualny stan jest wynikiem dziesiątek lat reform, szukania lepszych rozwiązań i kierowanie się „dobrem człowieka” i choćby z tego powodu przez wzgląd na szacunek do pracy poprzednich pokoleń, nawet racjonalna argumentacja może mieć trudności z przebiciem przez ludzką skłonność do utrzymywania status quo. Sam kiedyś podobnie (jeśli nie ostrzej) reagowałem na podobne pomysły, dlatego urazy nie chowam :)

    @doodge:
    Nie wierzyłbym także w to, że rodzice będą ustalać poziom nauczania w szkołach. Obecnie z edukacją nie jest zbyt dobrze (marne wyniki ogółu naszych uczniów w międzynarodowych testach). A rodzice nadal twierdzą, że dzieci w szkołach są za bardzo męczone. Spójrz choćby na decyzję MENu w sprawie zmiany programu nauczania matematyki. Toż to jest równanie poziomu nauczania do poziomu uczniów. Czy aby na pewno tego chcemy?

    „W dyskusji ostrzą się pióra” tak i sam jestem skazany na nieustanne poprawianie samego siebie: pisząc, że rodzice mogą decydować o poziomie i zakresie nauki miałem na myśli wolność rodziców o decydowaniu do jakieś szkoły posyłają swoje dzieci. Szkoły publiczne sterowane przez ministerstwo rodzą dzisiaj problemy, które zniknęłyby w sytuacji gdyby ocenę poziomu kształcenia pozostawić życiu i wolnemu rynkowi a nie ministerstwu- jeśli ktoś chciałby aby jego dziecko miało obowiązkową religię i musiało nosić mundurek (za który płaci sam rodzic) to posyła swoje dziecko tam gdzie taki program i forma będzie przyjęta- jeśli ktoś sobie tego nie życzy to pośle dziecko tam, gdzie mundurków ani religii nie będzie.

    Dzisiaj nauczyciele mają narzucone przez ministerstwo programy nauczania, które wiążą im ręce, świetne autorskie programy nauczania są gaszone w zarodku bo albo nie mają akceptacji konserwatywnego kuratorium bądź bojących się kuratorium dyrektorów- ważne jest nauka jako proces ciągły a nie efekty… przykład? Dzisiaj aby gdzieś się dostać trzeba mieć „papier”- aby go zdobyć trzeba przejść PROCES nauczania- czyli m. in pozaliczać przedmioty w czasie nauki. Osobiście znam dwie osoby które miały problemy z zaliczaniem roku tylko dlatego, że uważały, że tracą czas na wykłady i ćwiczenia a nie mogły udowodnić swojej potężnej wiedzy bowiem nikt ich nie chciał dopuścić do egzaminu z powodu nieobecności na owych wykładach/ćwiczeniach… To o co tu chodzi- o pomoc w zdobyciu wiedzy i ewentualnym pokierowaniem w doskonaleniu się czy o organizację czasu w poniedziałek między 8:00 a 15:00? Uważam że dzisiaj tytuły nie są wyznacznikiem posiadanej wiedzy i doświadczenia posiadacza tytułu ale odbytego PROCESU nauczania- a to już nie to samo.

    Przyznaję, że dzisiaj wiele się wymaga od dzieci i zmusza się je do nauki wielu rzeczy, które niekoniecznie będą im potrzebne. Trzeba mieć jednak wzgląd również na to, że poziom nauczycieli jest różny, poziom nauczania bardzo często jest dopasowany do poziomu najsłabszego dzieciaka w klasie (co z tego, że połowa klasy się nudzi i zwyczajnie traci czas w szkole) jak również to, że nauczanie obowiązkowe „produkuje” bardzo wiele osób z danym tytułem bądź „papierkiem” co z kolei skłania pracodawców do wymagania nieproporcjonalnie wysokich zdolności w stosunku do tego, czego wymaga praca na danym stanowisku i koło się zamyka- dzisiaj aby gdzieś się zaczepić trzeba mieć wykształcenie wyższe (które, jak wyżej wspomniałem, niekoniecznie jest tak na prawdę potrzebne do tej pracy)- aby mieć wykształcenie wyższe trzeba mieć wykształcenie średnie i tak dalej…

    Moim zdaniem obowiązkowe powinno być tylko nauczanie początkowe- nauka pisania, czytania, podstawy matematyki- ludziom powinno dać się wędkę- rybę już sobie sami złowią (lub nie- ich wybór). Jeśli ktoś chciałby się czegoś dowiedzieć co o tym sądzę to zapraszam na swój blog- nie chciałbym się tutaj powtarzać tym bardziej, że trochę już to opisałem i że tworzę tutaj wątek niekoniecznie zgodny z tematem przewodnim.

    Pozdrawiam

  20. Pingback: Głosujemy na ślepe losy? « Doodge’owy przemyślnik

  21. @Equilibrysta:
    Ciągle wierzę, że póki jesteśmy (my- obywatele suwerennego państwa- Polski) w stanie decydować jak ma wyglądać państwo, nauka i życie każdego obywatela (prawa, obowiązki, odpowiedzialność i zakres wolności osobistej) to jesteśmy w stanie również przeforsować zmianę organizacji nauki i nie musimy się oglądać na innych- mamy swoją godność i swoje racje.

    Tu nie chodzi o zachowanie status quo. Chodzi o to, że być może robiąc doktorat w Polsce chciałbyś, aby był on honorowany na całym świecie. Chciałbyś pewnie także móc zrobić ów doktorat za granicą, a następnie móc wrócić z nim do Polski i żeby tu też był ważny. No a chyba nie chcesz wymagać od całego świata zmiany systemu?

    Co do reszty wypowiedzi… No cóż, sam siebie zaskoczę, bo zazwyczaj mam dość liberalne poglądy i twierdzę, że to jednostka powinna odpowiadać za swoją głupotę, a nie całe społeczeństwo. Jednak w kwestii edukacji obawiam się, że ludzie nie dorośli do nieobowiązkowej szkoły. Poza tym jest jeszcze jedna kwestia. Co jeśli rodzice nie będą chcieli, aby ich dziecko się uczyło? Dziecko do 18 roku życia nie może za bardzo nic przeciwko swoim rodzicom zrobić… Mam wrażenie, że ten obowiązek szkolny wynika też trochę z chęci ochrony dzieci przed ich rodzicami…

  22. A.W. pisze:

    Strasznie się brat Jarosław podłożył z tym CBA…

    proponuje zapoznać sie z wypowiedziami np. „Ludzi PO” na temat CBA i wygranych przez nich wyborów.
    chcą te służby zachować i wzmocnić!!!

  23. Pingback: Czy polska demokracja jest zagrożona? « Doodge’owy przemyślnik

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s