Sporo ostatnimi czasy w Polsce mówiło się o wszelakich związkach i zasadności strajków czy manifestacji (pielęgniarki porównujące swoje zarobki z pensjami lekarzy, stoczniowcy, górnicy, itd.). Miło było dostrzec, że do coraz większej części społeczeństwa zaczyna docierać, że nie w każdym przypadku strajkujący ma rację i że nie każdemu strajkującemu należy od razu sypnąć groszem z budżetu państwa.
W całym tym zamieszaniu bez większego echa (może dlatego, że nie z naszego podwórka) przemknął news o dość specyficznym proteście pracowników pewnej francuskiej firmy, która jest w stanie likwidacji. Osoby te zagroziły mianowicie, iż jeśli nie otrzymają 15 tysięcy EUR odprawy, to wyleją do Sekwany 8 tysięcy litrów toksycznej substancji.
Nie zamierzam stwierdzać, że związki zawodowe należy zlikwidować. Wydaje mi się jednak, że warto zastanowić się porządnie nad tym, jak daleko należy pozwalać im się posuwać. W moich oczach zagrożenie skażeniem, zdemolowanie miasta (najazd górników na Warszawę), paraliżowanie pracy innych (strajk części związków w kopalni Budryk), i inne tego typu wybryki nie do końca są nieszkodliwą dla nikogo działalnością związków.
Może zatem najwyższy czas przypomnieć sobie, że wolność polega na tym, że oczywiście każdy ma prawo decydowania o sobie i robienia, co mu się żywnie podoba, ale także na tym, że za swoje czyny ponosi się pełną odpowiedzialność. Głośno krzyczeć, że należy nam się więcej, zapewne umie każdy. Czasem trzeba jeszcze zdać sobie sprawę z tego, że strajkiem narażamy przedsiębiorstwo na spore straty (strajk w Poczcie Polskiej czy wspomnianym wcześniej Budryku), które mogą doprowadzić do sporych zwolnień lub wręcz upadku firmy… I nie – Państwo nie jest od dotowania firm, które wpadły w kłopoty finansowe na skutek strajkujących, ani też czegokolwiek innego…