Feeds:
Wpisy
Komentarze

Od ładnych paru lat prowadzę własną działalność gospodarczą. Zatem w przeciwieństwie do polityków (czym wykazali się w debatach prezydenckich), wiem, jak wygląda procedura rejestracji takiej działalności. Wbrew pozorom, wcale nie wyglądało to tak źle (nieco więcej zamieszania było przy zakładaniu spółek).

W tym miesiącu aktualizowałem wpis do ewidencji, więc miałem okazję sprawdzić na własnej skórze, jak udało się wprowadzenie “jednego okienka”. Muszę przyznać, że całkiem dobrze. Wystarczy udać się do urzędu miasta (w moim mieście pracują tam bardzo miłe i pomocne panie, a urząd pracował nawet w piątek 5.06 – kolejny długi weekend). Formularze rejestracji prawie się nie zmieniły,  nie trzeba już biegać po całym mieście, a rozpatrzenie wniosku następuje w ciągu 3 dni.

Wyobraźcie sobie zatem moje zdziwienie, gdy przeczytałem dziś w gazecie, że “Rejestracja firmy w >>jednym okienku<< trwa nawet 50 minut“. Z artykułu tego można się dowiedzieć, że zazwyczaj wszystko trwa szybko, chyba, że… przedsiębiorca nie zna kodów PKD* i urzędnik musi mu pomóc ich szukać. Okazuje się także, że po reformie o wiele trudniej jest wypełnić wniosek zgłoszenia.

No cóż, trzeba chyba uznać, że reforma się nie powiodła i jest kolejną wpadką władzy, bo… przedsiębiorcy są zbyt mało rozgarnięci, żeby wypełnić głupi wniosek i sprawdzić kody PKD dla działalności, którą chcą prowadzić. W związku z wpisem poprzednim proponuję także uznać, że Urząd Skarbowy jest wielką wpadką, bo przecież przeciętny Polak nie jest w stanie obliczyć 19% od swoich dochodów (a nawet jeśli, to już niedługo taka umiejętność będzie popularna).

Dla zainteresowanych załączam ten jakże trudny do wypełnienia formularz:

* Polska Klasyfikacja Działalności, czyli GUSowski sposób przyporządkowania numerów odpowiednim działalnościom. Ciekawostką jest np. to, że w klasyfikacji tej przewidziany jest kod dla “transportu kosmicznego osób i towarów” ;-)

by Akash k via Flickr

by Akash k via Flickr

Przeczytałem dziś świetny artykuł (dzięki Andrzej), który moim zdaniem powinien przeczytać każdy. Co prawda nie zawiera on żadnych skrajnie odkrywczych uwag, to jednak dla sporej części (nieścisłowców) społeczeństwa może być bardzo szokujący.

A oto i rzeczony artykuł: Miliardowe rachunki za analfabetyzm matematyczny.

Jakiś czas temu bardzo głośno sprzeciwiałem się wprowadzeniu kolejnego święta (bodajże Trzech Króli). Muszę jednak się przyznać, że propozycja, aby ustanowić dzień 4 czerwca świętem państwowym, jest moim zdaniem warta przemyślenia (aczkolwiek zdaję sobie sprawę z tego, że przytaczane przeze mnie argumenty poprzednim razem mają zastosowanie także i w tym przypadku).

Dlaczego więc zastanawiam się nad tą propozycją nie negując jej od razu? Powodów jest kilka:

  1. Brakuje nam wesołych świąt państwowych.
    Zauważcie, że praktycznie każde obchody są smutne, przepełnione patosem. Czy naprawdę nie mamy się z czego cieszyć? Może właśnie przydałoby się święto, w które wszyscy możemy zapomnieć o drobnych problemach życia codziennego i docenić, co udało się osiągnąć?
  2. Wydarzenia 4 czerwca niewątpliwie są ważną datą w polskiej historii.
    Taka jest prawda. I nieważne, czy oceniamy je pozytywnie, czy negatywnie. Tak czy inaczej było to wydarzenie, które wywarło bardzo silny wpływ na nasz kraj.
  3. Chyba warto upamiętnić fakt, że kiedyś potrafiliśmy się zjednoczyć.
    Już dzisiaj trudno jest sobie wyobrazić, że byli członkowie Solidarności mogli cokolwiek zdziałać wspólnie. Wydaje mi się, że święto to byłoby świetnym pretekstem, aby przypominać nam wszystkim, że kiedyś się udało, a więc potrafimy.

Jakie mam wątpliwości?

  1. Czy uda się uniknąć gry politycznej?
    Po wczorajszych zachowaniach polityków można obawiać się, że dzień ten będzie wykorzystywany do nieczystych zagrań, a przecież nie o to chodziłoby w tym święcie. Spójrzmy choćby na L. Kaczyńskiego, który nawet tego dnia nie potrafi przyjąć podziękowań z ust D. Tuska bez doszukiwania się drugiego dna i opatrzenia ich PiSowskim komentarzem.
  2. Czy umielibyśmy świętować ten dzień?
    Organizowane wczoraj obchody pokazują, że nie do końca. O ile obywatele poradzili sobie z tym problemem dość nieźle (toasty za wolność, itd.) to władze “dały ciała” (Kylie Minoque to już totalne nieporozumienie – i nie chodzi mi o gust czy preferencje muzyczne).
  3. Czy odgórne święto może być świętem wolności?
    Przecież o to musiałoby w tym święcie chodzić. Czy jednak udałoby się uniknąć zapędów np. do tego, aby dzień ten opatrzyć zakazem handlu, nakazem wywieszenia flagi, itd.?

Od dłuższego czasu Wrocław, jak chyba każde większe miasto w Polsce, ma poważny problem z korkami w centrum. Do tej pory głównym sposobem podejścia do tego zagadnienia był co najmniej nieciekawy. Miasto postanowiło nie tworzyć nowych parkingów. Nie przejmowało się także kierowcami podczas planowania remontów dróg. Idea szła za tym taka, że jeśli uprzykrzy się życie kierowców wystarczająco mocno, to sami zrezygnują i wsiądą do komunikacji miejskiej.

Oczywiście jest to kiepski pomysł, bo kierowcy owszem zrezygnują, ale w ogóle, a nie tylko z własnych samochodów. Spróbujcie sobie bowiem wyobrazić człowieka w garniturze, który przesiada się ze swojego luksusowego samochodu do rozklekotanego i brudnego Jelcza, który do tego potrafi spóźnić się kilkanaście minut lub w ogóle nie przyjechać… Do tego zakup biletu jest prawie niemożliwy, bo koło przystanków rzadko są kioski, a automaty w większości nie działają.

Dlatego też ucieszyła mnie informacja o tym, że Wrocław, w końcu, wziął na poważnie pomysł uruchomienia miejskich wypożyczalni rowerów. I może nadal nie rozwiąże to problemu “prezesów”, to na pewno jest (przynajmniej dla części ludzi i w odpowiedniej porze roku) o wiele lepszą alternatywą dla samochodu niż komunikacja miejska.

Trzymam kciuki, bo przecież w naszym kraju nawet najlepszy pomysł można zepsuć podczas wdrażania – a w tym przypadku szczegóły są bardzo ważne (choćby łatwość zapłaty, liczba i lokalizacja “stacji”, rozwój infrastruktury ścieżek rowerowych i ogólne zwiększenie przyjazności miasta dla rowerzystów, no i oczywiście cena).

by FABIOLA MEDEIROS- direção de arte

Przeczytałem właśnie w gazecie.pl artykuł pt. “Czy  lekcje muszą zaczynać się przed ósmą?” i muszę przyznać, że nadal logika dziennikarska potrafi mnie zaskoczyć. W artykule tym Pani Katarzyna Lubiniecka zastanawia się, dlaczego złe szkoły zmuszają uczniów do wstawania w środku nocy i przychodzenia na zajęcia. Przytacza tam opinię wojewódzkiego konsultanta ds. psychiatrii dzieci i młodzieży, że bardzo ważne na tym etapie rozwoju dziecka jest to, aby spało ok. 8 godzin na dobę.

I do tej pory wszystko wydaje się być OK. Że dziecko powinno spać odpowiednio długo – oczywiste. Że uczeń na zajęciach powinien być wyspany – oczywiste. Tylko jak do tego wszystkiego ma się godzina, o której wstaje?

Przytoczona jest także wypowiedź pewnej uczennicy, która ubolewa nad tym, że po powrocie ze szkoły ma swoje zajęcia, potem korepetycje, nauka i kontakt z przyjaciółmi. Po tym wszystkim nie ma już czasu na nic, bo właśnie minęła północ i trzeba iść spać, a o 6 rano dzwoni budzik, żeby zdążyć na 7 do szkoły.

Rzeczywiście, gdyby szkoła zaczynała się o 8, to mogłaby pospać godzinę dłużej. Tylko czy na penwno? Przecież jej codzienne zajęcia nie trwałyby godzinę krócej, a jedynie przesunęłyby się o godzinę tak, że chodziłaby spać o 1 w nocy i nadal spała jedynie 6 godzin. A może nie? Może czuje, że powinna iść spać w okolicach północy? Tylko czy w takim razie jest to problem wcześnie zaczynających się zajęć czy też nieumiejętności wczesnego położenia się spać?

Zauważmy także, że “pokornie dostosowujący się” rodzice, chyba nie mogą na ten fakt zbytnio narzekać, bo właśnie dzięki tym wcześniejszym zajęciom są w stanie odwieźć swoje pociechy do szkół, a następnie zdążyć do pracy na 8 nie martwiąc się jednocześnie tym, co dzieciaki będą robić zanim zaczną się lekcje.

Wydaje się, że zaczynamy znów wchodzić w tryb myślenia polegający na tym, aby dzieci były zrelaksowane, wypoczęte i nieprzemęczane nadmiernymi zadaniami domowymi. Nie jest to nowa myśl – była już wdrażana w XIX wieku w USA. Jednak nawet tam dość szybko się opamiętano. Dość silnym argumentem wydają się być wyniki badań Karla Alexandra z Uniwersytetu im Johna Hopkinsa (”Schools, Achievement, and Inequality: A Seasonal Perspective” opublikowane w “Education Evaluation and Policy Analysis” 2001), które pokazuje znaczną korelację między długimi przerwami w zajęciach lekcyjnych a różnicowaniem się poziomów wykształcenia pomiędzy różnymi klasami społecznymi. (Znacznie skracając i upraszczając: im więcej czasu naszych dzieci jest zagospodarowane przez szkołę, tym bardziej wyrównane są ich szanse). A przecież to właśnie na wyrównywaniu szans skupia się ostatnio nasza uwaga, gdy myślimy o szkole. (Nie chcę w tej chwili debatować nad poprawnością tego kierunku i nad marnowaniem szans zdolnej młodzieży, a jedynie zwrócić uwagę na dość jawną niekonsekwencję…)

Wykop ten wpis

PS. Dla zainteresowanych: temat ten poruszany jest dość ciekawie w dziewiątym rozdziale nowej książki Malcolma Gladwella “Poza schematem”.

inbook.pl
Poza schematem. Sekrety ludzi sukcesu

Poza schematem. Sekrety ludzi sukcesu

Cena: 31.99zł
Kupuję

Patriotyzm jak się patrzy

Godzina 22:30. Parking pełen samochodów, tłumy ludzi, w środku puste półki i olbrzymie kolejki. Wbrew pozorom to wcale nie sytuacja spowodowana kolejną super-hiper-duper-truper promocją w sklepie nie dla idiotów. Tak wyglądał przed chwilką zwykły supermarket. Nie ma wyjścia – trzeba kupować, przecież jutro i w niedzielę sklepy zamknięte (ważne święta państwowe).

Polacy strasznie się tymi świętami przejęli, co widać po zawartości koszyków. Głównie dwunasto- i dwudziestopaki piwa i chipsy. Trochę kiełbasy, węgiel drzewny, gdzieniegdzie nawet mięso – dobrze, że w tym kraju nie je się mięsa orła…

PS. Paniom pracującym w kasie niewątpliwie jutrzejszy dzień wolny się przyda. Wszak wytrzymać taki tłum na pewno nie jest łatwo, nawet nie ma kiedy “dzień dobry” czy “do widzenia” klientowi odpowiedzieć. A przecież po takich sklepowych zamieszkach, ktoś musi jeszcze posprzątać. No i ten jutrzejszy dzień wolny to chyba też tak nie do końca, bo w sobotę sklep rusza ponownie pełną parą i musi stawić czoła kolejnej fali zaopatrujących się przed kolejnym świętem, a do tego ktoś go musi najpierw przygotować. Ciekawe, jaki odsetek pracowników sklepów nadal uważa, że zakaz handlu w pewne święta jest dobrym pomysłem.

Polacy są nierobami?

Tytuł ostry, ale i moje poirytowanie w tej chwili jest dość spore. Właśnie przeczytałem o grupie osób, które mają zamiar protestować, gdyż chiałyby, aby święto Trzech Króli było dniem wolnym od pracy. Wydarzenie to zbiega się idealnie z wynikami ostatnich sondaży, w których Polacy mieli okazję wypowiedzieć się na temat tego, czy chcieliby, aby dniem wolnym od pracy był Wielki Piątek.

Zgoda, pytanie w sondażu było głupie, bo każdy odpowie, że by chciał (tak samo, jakbyśmy zadali pytanie “czy chcesz zarabiać więcej”). Ale jednak te dwa fakty pokazują, że Polacy mają tendencję do domagania się wolnego (oraz ciągłych podwyżek).

Ciekaw jestem natomiast, jak brzmiałaby odpowiedź na pytanie “Czy chcesz, aby Wielki Piątek był dniem wolnym od pracy, w zamian za 1/253 część Twoich rocznych dochodów (60PLN w przypadku płacy minimalnej; 150PLN w przypadku średniego wynagrodzenia).

Zauważcie też, że jakość pracy znacznie ostatnio spada. Zapewne w tej chwili generalizuję, ale udajcie się na zakupy do dowolnego sklepu i zwróćcie uwagę na jakość obsługi. Najlepiej jest to widoczne na przykładzie sklepów z ubraniami, gdzie mimo tego, że towar jest pognieciony i porozwalany, obsługa i tak ma czas na pogawędki (czym jest tak zajęta, że nierzadko nie ma kiedy odpowiedzieć “dzień dobry” klientowi)…

Polecam wszystkim artykuł, w którym poseł Ziobro przedstawia swoje plany polityczne na najbliższą przyszłość. Widać, że PiS postanowiło skończyć nawet z najmniejszymi kłamstewkami i postawić na 100%-ową szczerość. Ciekaw jestem, jak dużo wyborców zrozumie, że były minister tymi słowami powiedział mniej więcej to, że ma totalnie gdzieś to, że ktoś po coś go wybiera. Dlaczego?

W roku 2007 został On wybrany na posła RP. Teoretycznie spory to zaszczyt, mieć możliwość reprezentowania społeczeństwa polskiego w Sejmie. Oczywiście jeszcze większym zaszczytem jest reprezentowanie go w PE, toteż zrzeczenie się mandatu posła na rzecz mandatu europoselskiego jestem w stanie zrozumieć. Jednak przyznawanie się jeszcze przed wyborami (i to po takiej zamianie), że jeśli się będzie opłacało, to i tamten mandat się porzuci, jest moim zdaniem lekką przesadą…

Na więcej słów Pan Ziobro, moim zdaniem, nie zasługuje. Mam tylko nadzieję, że ten Pan więcej wyborców już nie nabierze.

Kreacjonistyczne rewolucje MEN

Wybaczcie tak zwiększoną aktywność, ale zdrowie powoli zaczyna wracać do stanu normalnego, a do tego jakoś ostatnio mieliśmy wysyp absurdów. Wspominałem wczoraj, że MEN jest chwilowo zajęte realizacją pewnego bardzo ważnego pomysłu. Miałem oczywiście na myśli ideę, aby wprowadzić do szkół zajęcia o lewitacji, kreacjonizmie, różdżkarstwie i innych tego typu… (sami wstawcie odpowiednie słowo).

Oczywiście pomysł wywołał wielką zadymę w środowiskach naukowych i chyba trudno się temu dziwić. Już wprowadzenie lekcji religii było (moim zdaniem) znacznym nagięciem roli szkoły, która ma uczyć i przekazywać WIEDZĘ. Rolą szkoły nie jest natomiast wtłaczanie w głowy młodzieży przekonań.

Oczywiście pomysł ministerstwa tłumaczony jest w ten sposób, że należy dzieciom pokazać, że jest coś poza laboratoryjną i teoretyczną nauką i że z różnymi poglądami można dyskutować. Jednak sposób dyskusji nauki z religią wskazuje, że o żadnej dyskusji mowy być nie może. Bo jak naukowiec ma rozmawiać z kimś, kto zakłada istnienie czegoś i każe sobie udowodnić, że jest to nieprawda (świetnym przykładem takiego podejścia jest czajniczek Russela).

Ciekawe jest także to, że znaleźli się naukowcy popierający taki pomysł (np. prof. Marcin Król). Zastanowić może jedynie fakt, że profesor ten zajmuje się historią idei. Ponieważ jednak zajęcia miałyby się odbywać w bloku nauk przyrodniczych, to wydaje się, że prof. Król nie jest osobą której głos powinien być bardzo znaczący. (Nie uważam, że prawo komentowania można komukolwiek odbierać, jednak chyba lepiej wyjdziemy na tym, że historycy nie będą mieli zbytniego wpływu na to, jak nauczana jest matematyka i vice versa – aczkolwiek podejrzewam, że ten drugi przypadek spowodowałby znacznie mniejsze straty).

Sposób podejścia do nauki prezentowany przez prof. Króla można chyba wywnioskować z podanego w TOK FM przykładu:

Rozumiem intencję, żeby pokazać uczniom, że z jednej strony jest silna wiedza racjonalna, ale jest też wiedza, która jest nonsensem jak wiedza o UFO. Są też sfery pośrednie na przykład homeopatia. Nikt nie udowodnił co najmniej szkodliwości homeopatii.

Chciałbym mianowicie zapytać Pana Profesora, czy widział zatem dowód na nieistnienie UFO, czajniczka Russela, czy Wielkiego Potwora Spaghetti. Jeśli nie, to bardzo jestem ciekaw, co pozwala Mu stwierdzić, że są to nonsensy, w przeciwieństwie do np. homeopatii…

A dlaczego w ogóle o tym piszę? Co w tym takiego bulwersującego, że uczniowie podyskutują sobie na lekcjach o bzdurach? Jest to bowiem nic innego, jak wywyższenie owych bzdur do poziomu nauki. To właśnie tego typu postępowanie może sprawić, że wkrótce Polacy nie będą widzieć nic złego w tym, że urzędnicy dużego miasta wydają sporą kwotę na walkę z żyłami wodnymi, aby uniknąć wypadków na skrzyżowaniach.

PS. Polecam wszystkim film “Enemies of Reason” Richarda Dawkinsa, który świetnie pokazuje, do czego prowadzi zbytnia pobłażliwość wobec paranauki.

Wykop ten wpis

W ostatnim okresie w naszym kraju dość głośno się zrobiło o potrzebie ochrony danych osobowych. Stało się tak głównie za sprawą dość znacznego wzrostu popularności wszelkich serwisów społecznościowych. Dzięki temu świadomość społeczeństwa w tej kwestii chyba nieco się poprawiła i mogłoby się wydawać, że w kolejnej strefie życia dołączyliśmy (a przynajmniej zmniejszyliśmy dystans) do bardziej cywilizowanych krajów.

A jednak od czasu do czasu musi wydarzyć się coś, co przypomni nam, że jednak żyjemy w kraju, który od dawien dawna uznawany jest za wyjątkowy. I tak oto gdańska kuria doszła do wniosku, że fajnie byłoby wiedzieć, kto nie uczęszcza na (nieobowiązkowe przecież) lekcje religii. Co gorsza, pomysł ten postanowiła wdrożyć w życie. Z pomocą przyszli tu katecheci i księża prowadzący zajęcia w szkołach, którzy spisali z dzienników nazwiska i adresy uczniów i przekazali je odpowiednim parafiom.

Gdy sprawę wywęszyły wyszedł na jaw nieco większy problem. Dyrektor szkoły jedyne, co mógł zrobić, to rozkazał pozaklejanie w dziennikach danych osobowych uczniów (to już chyba powinno wszystkim wyjaśnić, jakie są stosunki między katechetami/księżami a władzami szkolnymi). MEN umyło ręce twierdząc, że to nie ich sprawa, czemu trudno się dziwić, bo przecież ministerstwo to chwilowo jest bardzo zajęte pewnym bardzo ważnym projektem (o którym wkrótce). Reprezentanci Kościoła postanowili natomiast po prostu unikać mediów.

Swoją drogą szkoda, że media tak szybko nudzą się każdym tematem. Często wyciągają na wierzch spore afery, po czym najnormalniej o nich zapominają, poświęcając się całkowicie nowym wydarzeniom. A ja bardzo chętnie dowiedziałbym się, jakie będzie zakończenie tej sprawy, bo wydaje mi się, że należałoby skończyć z podziałem społeczeństwa/organizacji na równych i równiejszych i zacząć stosować te same standardy wobec wszystkich.

Wykop ten wpis

Starsze wpisy »